STRONA GŁÓWNA
LUDZIE
REPRESJE
BIBLIOGRAFIA
ARCHIWUM
AKTUALNOŚCI
LINKI

Przedruk z miesięcznika "Odra" (kwiecień 2007):

JAK SIĘ DOWARTOŚCIOWAĆ CZYLI IV BRYGADA
POLEMIKI w sprawie Wojny i Pokoju Mońki
Bodajże Piłsudski zauważył, iż w miarę oddalania się w czasie walki Legionów o niepodległość rosły szeregi IV Brygady: tych, którzy się do szeregów „zapisali” po zakończeniu bojów. Podobnie jest obecnie: rosną szeregi opozycjonistów okresu PRL-u i być może dojdzie niebawem do sytuacji, którą trafnie opisywał krążący w mojej szkole kawał na temat partyzantki Armii Ludowej: drzew by nie starczyło, by stworzyć lasy zdolne tą komunistyczną armię ukryć.

Zaczęło się od razu po 1989 roku. Gdy zwołano zebranie założycielskie powstającego wówczas Stowarzyszenia Pisarzy Polskich, koleżanki i koledzy licytowali się w jego trakcie na swe opozycyjne zasługi: dokładnie opisywano, w którym odcinku obcasa lewego buta zamontowano schowek na ulotki. Wyszedłem z tego targowiska i w szeregi nowej organizacji pisarzy nie wstąpiłem. Złożyłem podanie o przyjęcie jakieś dwa-trzy lata później. Do zgrupowań postopozycyjnych raczej się nie kwapię należeć, choć oczywiście rozumiem, że są potrzebne – przewidywał to zresztą Janek Kelus, gdy w jednej ze swych piosenek śpiewał o tym, jak to założymy nowy ZboWiD.

Powyższe uwagi piszę w kontekście lektury zapisków Michała Mońki zatytułowanych Wojna i pokój, które czytałem z narastającym poczuciem niesmaku i wstydu. W zasadzie powinienem być zadowolony, gdyż autor ocenia mnie dość pochlebnie. Rzecz w tym, iż nie chodzi o mnie – chodzi o klimat tych enuncjacji. Bo z pewnością był Mońko heroicznym bohaterem stanu wojennego, szczególnie po dumnym rozprawieniu się z komisją weryfikacyjną w swej redakcji i zasileniu szeregów bezrobotnych.
Mońko nie tylko te szeregi zasilił. Czytam bowiem, że stał się niezwykle aktywnym i w tej aktywności wydajnym działaczem opozycji, redaktorem wielu pism podziemnych, a także kolporterem „bibuły”: W wózku, pod siennikiem rocznej Magdaleny, mieści się trzydzieści ”Wezwań”. Nie wiedziałem, że aż tak odważne przedsięwzięcia stały się jego udziałem. Ale okazało się, że nie wiedziałem wielu innych rzeczy. Czytam bowiem: Nareszcie uformowała się redakcja miesięcznika „Wezwanie”. (...) Skład redakcji: Jastrun, Burski, Holzer, Zwaniecki i ja. Pomijając fakt, iż „Wezwanie” nie było miesięcznikiem, lecz kwartalnikiem, reszta też zgadza się w niewielu procentach.

„Wezwanie” powstało w mieszkaniu Iwony Smolki w styczniu 1982, w trakcie spotkania, w którym poza gospodynią udział wzięły jeszcze trzy osoby: Jarosław Markiewicz, Tomasz Jastrun i ja. Dołączył też od razu Tomasz Burski, z którym w „karnawale” lat 1980-81 Jastrun współredagował w Regionie Mazowsze „Informator Kulturalny Solidarności” (trzeci z redaktorów, Antoni Pawlak, siedział w „internacie”). Dołączyło niebawem kilka dodatkowych osób, m.in. Zyta Oryszyn, Andrzej Kaczyński oraz Irena Lewandowska. Owszem, pojawił się po pewnym czasie i Mońko, pojawił się też Ryszard Holzer – ale nie oni tworzyli skład redakcji (chyba że po roku 1985, gdy byłem zagranicą). Tym bardziej zdumiewa to, co pisze Mońko: Na spotkaniach pojawia się czasami Smolka. Nie pojawia się Szaruga, przynajmniej ja go nie widzę. Obawiam się, że ma Mońko poważne problemy ze wzrokiem. Ale także i ze zmysłem etycznym, skoro ostatnio publicznie oskarżył Jarosława Markiewicza o to, że był agentem SB: jakieś dwa tygodnie temu podpisywałem w tej sprawie list protestacyjny. Żeby było jasne: Markiewicz ma papiery pokrzywdzonego.
Nie czuję się upoważniony do weryfikowania innych detali spisywanej przez Mońkę konspiracyjnej legendy – jeśli jest tak rzetelna jak epizod z „Wezwaniem”, to gratuluję. Ale chodzi jeszcze o coś dodatkowego. O sosik, w jakim te wspominki są serwowane. Oto czytam o przyjęciu „u znanego dziennikarza opozycji demokratycznej”: Stoły uginają się od alkoholi i żarcia dostarczonego z najlepszych warszawskich restauracji. Rozmowy dotyczą polowania na kaczki i sposobów pieczenia sarny. Zgroza! Aż się boję, iż wytropi Mońko, że w pierwszych dniach stanu wojennego zaczytywałem się Dekameronem. Ale idźmy dalej: Na końcu dziennikarz z ulicy Capri zamówił dwie torby „Wezwania” i Raportu. Wchodzę po schodach. Otwiera gospodarz, zapewne przyszły ambasador. Odbiera torby i stawia na środku kwadratowego przedpokoju. Niski stolik wysunięty dziś naprzeciw otwartych drzwi. Za stolikiem z piciem i jadłem siedzi kilka prominentnych postaci dziennikarstwa, literatury i polityki. Patrzą. Podziwiają. Jeszcze gorzej w redakcji „Więzi”, w której Mońko poszukuje etatu dla żony: Nie potrafię ukryć swego oburzenia, że jest praca dla pułkownikowej [Lityńskiej], która ma wysoką rentę. Jest praca dla Kalabińskiego, który dopiero co krzyczał z radiowej „Jedynki” na Solidarność. Jest praca nawet dla powracającego z Anglii attaché (...) – To czemu nie ma pracy dla mnie? Ale to nie koniec: Dziś wydobyci z nicości zaczynają dzień od gry w tenisa, później obiad w ZLP, kawa „na mieście”, no i nocą długie Polaków rozmowy na salonach. Syn znanej poetki i znanego pisarza i działacz TPPR zostaje sekretarzem „Powściagliwości i Pracy”. Horror! Ale to jeszcze nie wszystko: siedzę nad kolejnym numerem „Wezwania” w mieszkaniu przy ulicy Łowickiej. Żeby rozprostować plecy, zaglądam do kuchni, przechodzę do biblioteki na prawo od wejścia z korytarza. Cóż widzę! Trzech klęczy nad zdjętym parkietem o wymiarach 60 na 35 centymetrów. W odsłoniętym w podłodze schowku leżą pieniądze – złote i dolary.

Nie wiem, czy pracował Mońko przed stanem wojennym w redakcji „Trybuny Ludu” bądź „Sztandaru Młodych”, ale cóż – szlif ten sam, ta sama ostrość i drapieżność pióra, ta sama demaskatorska pasja. Dolary! Mają dolary! Piją „kawę na mieście”, spożywają „obiad w ZLP” (swoją drogą to interesujące, jak owe, skromne w końcu stołówkowe obiady obrosły dziwaczną legendą), są „prominentni”, raczą się „alkoholami i żarciem”, „piciem i jadłem”. Mały Dyzio w wielkim świecie, Kopciuszek na Balu u Senatora – oto Michał Mońko w stanie wojennym. Dławiony zawiścią. Wycierający sobie gębę wątpliwymi anegdotkami o Zbigniewie Herbercie, z których wynika, że wielki poeta to nadęty palant. Dziennikarz, który dopiero dziś, gdy klimat sprzyja, zaczyna przybierać pozy Katona: czemu nie zabrał głosu wcześniej? Bo konspirował przeciw III RP?

Ale poważnie. Owszem – były owe dolary, było „picie i jadło” itp. Pomoc dla opozycji z Zachodu płynęła wcale niemałą strugą – wiem o tym, bo sam pośredniczyłem w transferach owych „dolarów”, nie mówiąc o sprzęcie i innych drobiazgach. I rzeczywiście – część tych pieniędzy nie została rozliczona, część rozpłynęła się w mniejszych lub większych „przekrętach”. Niemniej za te „dolary” właśnie wydawano i „Wezwanie”, i tysiące innych pism oraz książek w czasie stanu wojennego (a wcześniej także). Dwadzieścia lat później nikt już tego nie rozliczy. Gdy w końcu lat 80. pisałem w „Kulturze” o konieczności takich rozliczeń, zostałem odsądzony od czci i wiary. Dziś to wszystko jest tylko musztardą po obiedzie. Lecz właśnie dzisiaj to zaczyna „kręcić”. A to ktoś opublikuje artykulik o tym, jak niemoralne i dynamiczne życie erotyczne prowadziła opozycja demokratyczna, a to ktoś oskarży Kuronia o współpracę z SB, to znów kto inny podda w wątpliwość postawę Herberta, a to Mońko zdemaskuje „działacza TPPR” w katolickim miesięczniku – ten potok plugastwa będzie narastał, występował z brzegów, zalewał po drodze wszystko, co szlachetne. Po co? Po to, by autorzy mogli się dowartościować.

Ja wiem – był Michał Mońko prominentnym działaczem opozycji stanu wojennego, wytrawnym i przebiegłym konspiratorem, w którego rękach był nawet los Bujaka, nie mówiąc o Wałęsie. Powinien dostać od pana Prezydenta mnóstwo odznaczeń i medali. Powinny powstawać szkoły i place imienia Mońki. Ale, na miłość Boską, niech Mońko sam nie pisze o swych zasługach! A już w szczególności niech nie pisze o tym, że zakładał redakcję „Wezwania”, bo to nieprawda.

Leszek Szaruga


***

Szanowny Redaktorze,
przeczytałem w ”Odrze” drugą część ”historycznego reportażu” Michała Mońko Wojna i pokój, który w zamyśle autora ma być doskonalszy od Panoramy Racławickiej, precyzyjny i wreszcie oddający sprawiedliwość właściwym bohaterom, którzy trudem, znojem, biedą, a przede wszystkim poświęceniem dla sprawy wywalczyli niepodległość.
Tyle że nie jest to reportaż, tylko jakby powiedział Himilsbach, to jest liryk.
Bohaterem lirycznym tego reportażu jest autor, Michał Mońko. A panorama jest rzeczywiście rozległa, na ulicach stoją czołgi przed kinem ”Moskwa” itd. (przysiągłbym, że autorem tego opisu jest T. Jastrun), a po naszego bohatera lirycznego nieokreślonego dnia, kiedy za oknami było jeszcze ciemno, przychodzi dziewięciu SB-eków, Mońko jak Homer każdemu poświęca chwilę lirycznej uwagi, ten stał w drzwiach, tamten przy windzie, dwóch przy samochodzie, etc. Czytelnik reportażu natychmiast musi zdać sobie sprawę, że dziewięciu ludzi z maszynami wysyła się po VIP-a wipów podziemia. Literacki sposób na robienie wielkości - bez zarzutu, tyle że to literatura cienka i dla dzieci, bo wydaje się, że to dobosz z werblami jest wodzem armii, że idzie na przedzie i jak w czeskim filmie na wszelki wypadek nie ogląda się do tyłu.

Bo kiedy dochodzi do konkretów, wtedy reportaż historyczny zmienia bieg i znowu staje się lirykiem, a bohater liryczny jest zawsze w centrum, wokół jego pępka kręci się świat, to jest święte prawo bohatera lirycznego. A to, że bohater liryczny przekształca się nagle w bohatera narodowego, to już zaiste zasługa sztuki opowieści Michała Mońko. W zbliżeniach widać, że panorama historyczna jest tylko po to, żeby umieścić w niej siebie - i to tam gdzie się nigdy nie było, albo kim się nie było. Weźmy ”Wezwanie”. Skład redakcji: Jastrun, Burski, Holzer, Zwaniecki i ja. Sadowska robi grafikę. Jastrun, Holzer i inni rzeczywiści twórcy ”Wezwania” jeszcze żyją. Mońko też żyje - ale nie robił ”Wezwania”. Nie żyje natomiast Sadowska, która również nie robiła żadnej grafiki w ”Wezwaniu”.
Ten krzyżowy ścieg prawdy i fałszu jest wytworem warsztatu literackiego Michała Mońko. Pojawia się też postać Zwanieckiego, który ani ”Wezwania” nie tworzył, ani w nim nie pisał.
W innym układzie personalnym funkcjonuje ”Przedświt”: Markiewicz, Jastrun, Burski. Ja na przyczepkę - ciągnie dalej Michał Mońko - i trafia kosą na kamień. ”Przedświt” stworzyły dwie osoby. Jastrun, Burski i przyczepka - to fantazje Michała Mońko. W tej wyliczance nie pojawił się natomiast Wacek Holewiński, rzeczywisty współtwórca wydawnictwa, a dzisiaj świetny pisarz. Po opisie redakcji i wydawnictwa Michał Mońko pisze dalej: Jest bezpośrednia łączność z Gdańskiem... z ”Tygodnikiem wojenym” mam kontakt przez... z ”Tygodnikiem Mazowsze” pośrednikiem jest Andrzej Zwaniecki...
I teraz widzimy, że AZ jest asystentem Wodza, który to Wódz śle informacje, zarządza, stoi ponad wszystkim, żeby dobrze widzieć. Los wodza nie jest jednak słodki. Nie ja decyduję o tym, co ostatecznie wchodzi do numerów. Nie mam też dostępu do pieniędzy. Wiem, że przedstawiciel wydawnictwa (Przedświt) jest w Berlinie i Paryżu... (byli takowi, ale dopiero dwa lata póżniej) i tu już zaczynają się osobiste nieszczęścia Wodza, który ze względów konspiracyjnych i wewnętrznej bojaźni tak się głęboko ukrył, że nikt o nim nie wiedział.

Teraz Mońko ujawnia się. I pisze nową historię opozycji z sobą w roli głównej. Historię kłamliwą i ośmieszającą to, co rzeczywiście się działo.
Michał Mońko jak widać jest przeświadczony o tym, że już za drzwiami nie ma świata, już wszyscy trzeźwi dawno zmarli. I on wreszcie może wkroczyć na scenę.
Jarosław Markiewicz

***

Szanowny Panie Redaktorze,
ze zgrozą przeczytałem w bieżącym numerze Pańskiego pisma fragment tekstu Michała Mońki dotyczący ”Wezwania” i Wydawnictwa Przedświt. O ile wiem, w sprawie ”Wezwania” wypowiedzą się redaktorzy tego pisma. W sprawie Przedświtu czuję się osobą najbardziej kompetentną z prostej przyczyny: to ja oraz Jarosław Markiewicz byliśmy twórcami i w całym okresie jego działalności szefami tego, jednego z największych wydawnictw podziemnych. Mońko pisze: W innym układzie personalnym funkcjonuje „Przedświt”: Markiewicz, Jastrun, Burski. Ja na przyczepkę. Oświadczam niniejszym: Tomasz Jastrun i Tomasz Burski nigdy nie byli, w żadnej formie, związani (poza tym, że Jastrun był naszym autorem) z wydawnictwem. Ale najbardziej zabawne jest to ja na przyczepkę. Oświadczam otóż, że Mońko (nie po raz pierwszy) łże jak pies (patrz oświadczenie założycieli, współpracowników i autorów Wydawnictwa Przedświt na stronach Stowarzyszenia Wolnego Słowa oraz stronach Wydawnictwa Przedświt). Nie było żadnej ”przyczepki”. Michał Mońko nigdy, w całym okresie działalności Wydawnictwa Przedświt nie był z nim związany! Próba ”podłączenia się” pod naszą działalność jest zwykłym fałszem.

Wacław Holewiński
wiceprezes Oddziału Warszawskiego Stowarzyszenia Pisarzy Polskich